Marcin Armenia, Kaukaz

Monaster Chor Wirap – tam gdzie wznosi się Ararat

Facebooktwittergoogle_plus
Chor Wirap i Ararat
 Legendarny widok: monaster Chor Wirap i Ararat w tle

Zdecydowałem że Chor Wirap wraz widokiem na legendarny, wygasły wulkan Ararat, będą moim pierwszym wpisem z Armenii na blogu. Chcę zacząć opisywać Wam i przedstawiać Armenię od ostatniego miejsca, które w tym kraju odwiedziłem. Nie było tych miejscowości aż tak wiele, ale na pewno przedstawię wszystkie, jakie widziałem w tym pięknym kraju, czyli: Erywań, Jezioro Sewan i Monastyr Sewanawank, właśnie Chor Wirap, Eczmiadzyn oraz Garni.

Ostatniego dnia pobytu w stolicy Armenii – Erywaniu, mimo zapowiadanego 40 stopniowego upału, zdecydowałem udać się na wycieczkę do jednego z symboli tego kraju. Prawie na każdej pocztówce czy zdjęciu, możemy podziwiać monaster Chor Wirap na tle ośnieżonego Araratu. Niestety, Bartek wymęczony panującymi temperaturami, nie miał ochoty na cudowną podróż mini-marszrutką. Ja stwierdziłem, że nie chcę marnować ostatniego dnia w pierwszym chrześcijańskim kraju na świecie. Chcę, mimo azjatyckiego żaru, ujrzeć legendarny Ararat. Na jego zboczach, jak chce tradycja, osiadła po potopie Arka Noego.

Miałem nadzieję, że mimo ograniczonej przejrzystości powietrza, ten legendarny wygasły wulkan w monasterze, będzie znacznie lepiej widoczny niż w Erywaniu. Zatem zaraz po 9 rano wyszedłem z naszego apartamentu w kierunku stacji metra. Już rano ulice Paryża Kaukazu były gorące jak w piekle. Na szczęście busiki w kierunku interesującego mnie miejsca odjeżdżały z okolic stacji kolejowej. Szybko tam dotarłem. Znalazłem interesujący mnie parking. Stało sporo pojazdów w różnych kierunkach, oczywiście wszystkie z napisami po ormiańsku. Zapytani kolesie, okazali się być taksówkarzami. Twierdzili, że marszrutka pojedzie, ale za 6 godzin. Na szczęście za chwilę ktoś normalny pokazał mi busika i wsiadłem.

W drodze do Chor Wirap

 

Wsiadłem do malutkiego pojazdu. Nie muszę chyba dodawać, że w środku atmosfera była naprawdę gorąca. Moim łamanym rosyjskim potwierdziłem, że to wehikuł we właściwym dla mnie kierunku. Marszrutka była już prawie pełna i gotowa do odjazdu. Nagle, w ostatniej chwili, jeszcze przybiegły trzy kobiety. Równie kulawym rosyjskim co mój, dopytały się o te same kwestie. Szybko okazało się, że one także z Polszy. Ruszyliśmy. Współpasażerowie byli bardzo nas ciekawi. Najfajniejsze było to, że starsza Pani, uzgodniła z kierowcą, że zapłacimy troszkę więcej. On nas wtedy podwiezie pod sam parking do świątyni. Nie muszę dodawać, że wobec panującej temperatury, bardzo ucieszył mnie taki obrót sprawy. Ponadto wszyscy życzyli nam udanej podróży po Armenii. A także z rozrzewnieniem wspominali czasy ZSRR.

Mi też udzieliła się  nostalgia. Naszły mnie smutne trochę myśli, że przecież kiedyś, tzn. jakieś 20-30 lat temu jeździliśmy do byłego ZSRR. Poznawaliśmy się, a mentalnie i kulturowo jesteśmy sobie bliscy. Teraz, zapatrzeni na Zachód, zupełnie zapomnieliśmy o Wschodzie. Pani z kawiarni w Suchumi  wspominała, że jeszcze pod koniec lat 80 było tam pełno naszych rodaków. Teraz nas tam nie ma. A szkoda – bo jednak zapatrzeni na Zachód, na włoskie, hiszpańskie i chorwackie plaże, wiele tracimy. Dlatego, między innymi piszę tego bloga. Aby pokazać Wam i zachęcić Was, żebyście odkryli Wschód.

Ararat

 

Zaraz, gdy wyjechaliśmy na dwupasmową szosę, pojawił się on. Legendarny Ararat. Symbol Armenii i wszystkich Ormian. Niestety, burzliwe zawirowania historii, sprawiły, że obecnie znajduje się na terenie Turcji. Mianowicie w wyniku działań zbrojnych w czasie I wojny światowej, kraj stracił znaczną część swojego terytorium, między innymi także tę legendarną górę.

Góra ma 5137 metrów wysokości i wznosi się aż o ponad 4000 metrów wyżej od otaczających ją równin. To podobno większa wysokość względna niż w przypadku Mount Everestu. Jak chce tradycja oraz Biblia, to podobno na jej zboczach osiadła legendarna Arka Noego po Potopie. Góra ma ogromne znaczenia dla Ormian, i jest nadal najważniejszym symbolem kraju, mimo, iż obecnie znajduje się poza terytorium Armenii. Z Chor Wirap do szczytu jest już tylko 30 kilometrów.

Monaster Chor Wirap

 

Jednak najważniejszym powodem, dla którego w ten niesamowity żar lejący się z nieba udałem się w podróż z Erywania, był właśnie monaster. To także jeden z symboli Armenii. Tutaj zaczęła się historia ormiańskiego i można powiedzieć, że poniekąd także, światowego chrześcijaństwa. Jak chce tradycja, w tym miejscu został uwięziony Grzegorz Oświeciciel przez króla Armenii – Tirydatesa III. Spędził w zamknięciu 13 lat. Następnie wyleczył władcę z choroby, co stało się bezpośrednią przyczyną Jego nawrócenia oraz przyjęcia przez Armenię chrześcijaństwa. Był to pierwszy kraj na świecie a miało to miejsce w 301 roku n.e. 600 lat przed Polską.

Sam kompleks mieści się na niewielkim wzniesieniu, z którego doskonale mamy widoczny Ararat i równiny poniżej szczytu. Jest sporo zwiedzających, ale spodziewałem się, że będzie gorzej. Sam monaster jest malutki. Dla mnie zdecydowanie bardziej, niż dla sanktuarium, warto się wybrać dla widoków i szczytu.

Nie byłem pewien, czy wracająca za kilka godzin marszrutka, stanie pod kompleksem. Postanowiłem przespacerować się do najbliższej wioski. Oczywiście, tym razem internetowe opowieści się sprawdziły – bardzo szybko zatrzymała się jakaś starusieńka łada. Pan powspominał czasy ZSRR i podwiózł mnie chwilkę. We wsi kupiłem sobie coś do picia i spokojnie czekałem na swój pojazd. Armenia była dużo bardziej zsowietyzowana niż Gruzja i wyraźnie to było widać w tej wiosce. Byłem jednak zaskoczony, gdyż spodziewałem się dużo większej biedy. Tymczasem nie wyglądało to tak źle. Jak na moje oko nawet lepiej niż na Ukrainie . Spokojnie wróciłem do rozgrzanego jak patelnia Erywania.

 

 Informacje praktyczne

 

  • klasztor jest popularnym celem wycieczek organizowanych przez hostele i agencje turystyczne ze stolicy, jednak ceny są dość spore;
  • na szczęście jeśli nie chcecie przepłacać, bardzo łatwo dojedziecie tutaj korzystając z transportu publicznego, mianowicie z dworca autobusowego Sasuntsi Davit, to jest za dworcem kolejowym, odjeżdżają busy w kierunku wsi Vedi. Dostaniemy się tam metrem na stację kolejki podziemnej o tej samej nazwie. Godziny odjazdów to: 9.00, 11.00 i 14.00. Cena 400 AMD (3,20 zł), niekiedy kierowca za 100 dram więcej podwozi turystów pod sam klasztor. W przeciwnym wypadku zostaniemy wysadzeni koło skrzyżowania i pozostanie nam 1,5 kilometrowy spacer;
  • powroty do stolicy mamy o: 13.20, 15.20, 17.00 i 18.00;
  • w przypadku gdy nie zdążymy to jedyną opcją jest baaardzo długi spacer do głównej szosy erywańskiej. Tam złapiemy stopa albo jakąś marszrutkę – bardzo dużo ich po niej jeździ. Jest także spora szansa że ktoś sam z siebie się zatrzyma i nam pomoże;
  • odległość ze stolicy to 42 km;
  • na miejscu nie ma żadnej restauracji, jest tylko jakiś malutki sklepik gdzie możemy kupić coś do picia. W monastyrze natomiast mamy możliwość zaopatrzyć się w pocztówki i jakieś pamiątki;
  • na miejscu spokojnie wystarczy nam kilka godzin;

 

Chor Wirap i Ararat na filmie

 

 

Galeria zdjęć

 

 

Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chciałbyś więcej informacji, zdjęć oraz filmów zapraszamy do polubienia naszego fejsbooka. Dziękujemy:)

 

Zapraszamy także do naszych wpisów o Kaukazie i Bałkanach :

 

 

Dziękujemy za uwagę:)

 

Facebooktwittergoogle_plus