Zimowa Wojwodina część II

Facebooktwitter
Piękny Sombor zimą
Mój dwudniowy pobyt w Nowym Sadzie dobiegał powoli końca. Wieczorem w drugi dzień świąt udałem się na dworzec kolejowy. Chciałem sprawdzić połączenia pociągiem i autobusem do Somboru. Okazało się ze pociąg jest w zasadzie dwukrotnie tańszy niż autobus. Cena za kolej to 434 dinary.  Zdecydowałem ze pojadę następnego dnia o 12.50. Wcześniej jeszcze udałem się na wieczorny spacer. Stolica regionu Wojwodina robi piękne wrażenie pod koniec dnia.

Niestety, sama Starówka jest nieco mała. Najładniejsza jest katedra. Udało mi się także zakupić wielką butlę domowego wina z jeżyn. Kupinovo vino jest jedną z rzeczy, które uwielbiam przywozić z Serbii. W Polsce zupełnie niedostępne. Zawsze brałem sklepowe, ale mam nadzieję, że to będzie lepsze. Napiłem się także grzanego wina. Jestem zaskoczony, że kuvano vino jest tutaj tak dobre. Nigdzie chyba tak fajnych grzańców nie piłem. Zimno i lodowaty wiatr niestety nie odpuszczało.

Rankiem następnego dnia spakowałem się. Piechotą powędrowałem na dworzec kolejowy. Mój pociąg okazało się, że będzie to autobus szynowy. Bilet kupiłem w kasie. Na peronie już stały nowoczesne składy do Belgradu. W ostatnich latach serbska kolej poczyniła duże inwestycje. Zakupiono kilkanaście nowych pociągów flirt. Kursują one jako ekspresy regionalne. Na trasach: Belgrad – Nisz, Belgrad – Subotica czy Belgrad – Nowy Sad.

Moim pociągiem przyjechało bardzo dużo ludzi. Cały szynobus był pełny, na szczęście wszyscy wysiedli. Natomiast w drogę powrotną z Nowego Sadu do Somboru razem ze mną było tylko kilka osób. Ruszyliśmy przez zimowe pustkowia Wojwodiny. Zastanawiałem się jak to możliwe że 80 km będziemy jechać prawie 3 godziny. A jednak. Tory były w fatalnym stanie. Podróż przebiegała tempem dyliżansu. Mój skład został wyprodukowany w Rosji. Słusznie podejrzewałem, że w środku będzie bardzo ciepło. Gorąco sprawiło, że usnąłem na jakiś czas. Zbliżaliśmy się do zagubionej stacji końcowej.

Serbska Wojwodina:

 

Zdecydowałem się tam przyjechać, ponieważ chciałem zobaczyć kraj poza stolicą. Odkryć i poznać serbską prowincję. Czasu miałem za mało, aby udać się gdzieś na południe. Więc wymyśliłem Sombor.

Dworzec kolejowy ma najlepsze czasy dawno za sobą. Mimo, że budynek jest w fatalnym stanie, to działa kasa kolejowa. Odprawianych jest także kilkanaście składów dziennie.

Po piętnastominutowym spacerze dotarłem do centrum. Zrobiło ono na mnie bardzo miłe wrażenie. Wydaje mi się, że to najpiękniejsze miasto w tym kraju jakie widziałem. Zameldowałem się w motelu. Wieczorem udałem się do cevabdzinicy. W byłej Jugosławii są to miejsca, gdzie można zjeść typowe, lokalne dania z grilla. Zamówiłem nadziewaną pljeskavicę z  frytkami. Ceny bardzo przystępne: całość 350 dinarów. Czyli nieco ponad 10 zł. Wracając udałem się także na gorącą czekoladę. Była pyszna, jedyne 140 dinarów. Ok 5 zł. Szkoda, że u nas nie ma tak dobrze.

Kolejnego dnia zwiedzałem miasto. Wydaje mi się, że musi tu być przepięknie latem. Okoliczne pola, klimat i nastrój prowincji. Do tego piękne, historyczne centrum. Byłem także w kafanie. Kafana to miejsce przypominające coś jakby czeską hospodę. Jest to obowiązkowy punkt pobytu w byłej Jugosławii. Klimat i przeniesienie się w czasie do epoki Marszałka Tito gwarantowane. Zamówiłem wielki kubek grzańca. 90 dinarów  ( 3 zł ). Chłonąłem czas minionej niesłusznie Jugosławii. Wieczór zapadł szybko. Pora na pyszną herbatkę w kawiarni a potem na późny obiad.

Ostatni dzień pobytu to już niestety powrót do Polski. Wyjechałem pociągiem lokalnym do Suboticy. Ruski voz, i wiadomo: gorąco. W Suboticy, mieście granicznym, miałem godzinę czasu. Pociąg do Budapesztu, Ivo Andrić, był o 15.20. Udałem się na stare  miasto, gdzie nie mogło zabraknąć grzanego wina i kiełbaski z grilla. Cena: 290 dinarów. 10 zł za wszystko. Obejrzałem piękny ratusz i wróciłem na stację. Niestety, zauważyłem że nie kursują już lokalne pociągi do Szegedynu. Mój przyjechał 20 minut opóźniony. Tym razem cały skład to były tylko dwa wagony.

Kontrola graniczna po obu stronach przebiegła szybko i sprawnie. Udało się także zredukować opóźnienie. W Budapeszcie kupiłem cztery butelki wina, i o 23.50 ruszyłem lux expresem do Krakowa.  Wczoraj rano tam wylądowałem, przesiadka w polski bus do mojego Wrocławia. A dziś jeszcze przed pracą piszę tą relację.

Było bardzo fajnie, żałuję że nie przyjechałem chociaż na jesień. Zima na pewno nie będzie moją ulubioną porą roku na podróże. Ale Serbia zawsze fajna.

 

Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chciałbyś więcej informacji, zdjęć oraz filmów zapraszamy do polubienia naszego fejsbooka. Dziękujemy:)

 

 

ZAPRASZAMY PO WIĘCEJ PIĘKNEJ SERBII I WOJWODINY 🙂 🙂 🙂

Przejdź do komentarzy

Facebooktwitter